poniedziałek, 15 lipca 2013

Dlaczego judeo-chrześcijaństwo?

Dziś pierwszy raz pojawia się artykuł napisany przez inną osobę z Grupy "Chram". Przedstawiamy tym razem pogląd, spojrzenie i przemyślenia Snagi. Zapraszamy :)


Dlaczego judeo-chrześcijaństwo? Dlaczego żydzi stworzyli religię dla nie-żydów?
Nie jest żadną tajemnicą że żydzi uważają się za naród wybrany, dlaczego sami więc nie praktykują judeo-chrześcijaństwa? Jakby się tak zastanowić to gdyby narzucić innym nacjom swoją pustą religie a dla siebie zachować tą “wybraną i prawdziwą.” To jaki ma to sens?
Właśnie że ma! Judeo-chrześcijańska religia ma na celu “dewartościować” ludzi, czyli wszystkie możliwe kontynenty które są dla nich zagrożeniem, ponieważ posiadają naturalne wartości życia. Czy mowa tutaj o destabilizacji ludności? Otóż nie, mają na celu uzyskać sztuczną stabilizację społeczeństwa tak żeby ludność wiedziała że to ich wiara, tradycja i droga życiowa.
Mają na celu uśpić nas, mamy wierzyć a nie zadawać pytania, mamy chrzcić niczego nieświadome dzieci na ich przyszłych wyznawców tak żeby i one praktykowały judeo-chrześcijaństwo i zarazem go wspierały, a potem ich dzieci mają robić tak samo i koło się zamyka. Oni wiedzą jak bardzo silna jest tradycja naszych przodków dobrze wiedzieli że nie mogą jej od tak zniszczyć, więc ją skradli i modyfikowali na własne potrzeby. W Polsce wielu z was pamięta topienie marzanny w przedszkolach czy klasach podstawowych, dzisiaj już prawie się w ogóle się tego nie praktykuje a o tym “zapomina”
Czy to będzie zbrodnią gdy napiszę że judeo-chrześcijańska religia była jedną jak nie pierwszą formą stworzenia Nowego Porządku Świata?
Mógłbym o tym napisać o wiele więcej ale nie chcę również żebyście opierali się wyłącznie na mojej ocenie. Wierzę że duża większość z was sama widzi jak to wygląda i do czego to zmierza. We wsiach polskich trwają od lat licytacje kto da więcej księdzu i zabłyszczy w oczach innych. Czy bóg potrzebuje pieniędzy? Czy to on potrzebuje złotych kościołów? Czy robi mu to jakąś różnice gdy modlimy się w domu czy przy złotych ołtarzach?
Czy w takich wartościach chcecie wychowywać wasze dzieci?
Chcę żebyście moją opinie zaakceptowali i przyjęli informacje ale nie uwierzyli jej z góry i nie brali za prawdę, chce tylko żebyście ją przefiltrowali przez wasze myśli. A potem uznali to za kłamstwo czy może prawdę. Ich religia bierze moc z nas samych i naszych pieniędzy. Jeśli odrzucimy ich obce “dewartości” a co za tym idzie nie będziemy ich wspomagać finansowo i duchowo to upadną nie mówię że to jest łatwa droga ale czy ta “walka” nie jest tego warta? I to Ty nikt inny może się do tego przyczynić, przyczynić do upadku tej obrzydliwej religii...

Autor: Snaga

środa, 10 lipca 2013

Rozwój Wiary Rodzimej








    Istotą Wiary Rodzimej jest natura. To sprawa oczywista i klarowna. Przynajmniej tak mogłoby się wydawać. Jednak obserwujemy co najmniej dziwne zjawisko. Otóż wielu ludzie mieniących się Rodzimowiercami, czy szerzej poganami, narzeka na Kościół Katolicki, na brak organizacji, na małą ilość współwyznawców w swojej okolicy. Powtarzają się argumenty, że nic nie można zorganizować. Łatwo tak narzekać, kiedy siedzi się przed komputerem. Trudniej wstać, komputer wyłączyć i wyjść do ludzi. To sprawa pierwsza. Jest jeszcze jedna. Żadna książka, żadne opracowanie naukowe nie jest w stanie oddać istoty Wiary Rodzimej. Oczywiście, są dzieła, które należy przeczytać. Ale trzeba je traktować jako swego rodzaju drogowskaz a nie drogę. Drogą jest Natura. Żadna książka, nie ważne jak doskonała, nie odda wszystkiego czym Rodzimowierstwo jest. Nie chodzi mi tutaj o negację osiągnięć nauki. Sam jestem wielkim zwolennikiem opierania się w kultywowaniu wierzeń Słowian na potwierdzonych badaniach. Jednak nie można ich traktować jako absolutne źródło wiedzy wszelkiej na temat religii. Mogą i powinny stanowić punkt wyjścia. Ale nic więcej. Kto przeczytał wszelkie książki, opracowania i wie wszystko co w nich napisano o wierze naszych Przodków, a nie wyszedł na pola podczas żniw, do lasu, nie poczuł wiatru na otwartej przestrzeni, nie wsłuchiwał się w śpiew żywych ptaków wokół niego – ten nie może nazwać siebie Rodzimowiercą. Co więcej – uważam, że większe prawa do wypowiadania się jako Rodzimowierca i w imieniu tejże Wiary ma człowiek o mniejszej wiedzy historycznej, ale więcej odczuł na sobie żywej Natury.

   To jest kwestia od której należy wyjść dalej. Współczesne Rodzimowierstwo Słowiańskie nie jest odtwórstwem historycznym. My nie odtwarzamy tego, co było kiedyś. My kontynuujemy tradycję i wiarę naszych Przodków. Mam nieodparte wrażenie, że o tej bardzo ważnej kwestii zbyt często się zapomina. Powinniśmy wnosić ze sobą coś nowego, iść dalej, rozwijać. Nie stać w miejscu. Bo świat się zmienia. Nie mówię, że należy zmieniać naszą wiarę tak, aby dopasowywała się do świata – w żadnym wypadku. Ale należy ją rozwijać i kontynuować. Tak, aby Rodzima Wiara Słowian nie stała się skostniałą, stojącą w miejscu koncepcją duchowo-filozoficzną, ale prawdziwą i żywią wiarą. Doskonałym przykładem tej sytuacji jest sprawa Duchów. Nasi Przodkowie wierzyli, że faktycznie młode dziewczyny biegają po lesie, w jego głębiach żyją straszne bestie, każdym zbiornikiem wodnym włada potężna (i, co ważne, zupełnie materialna!) istota w jego odmętach. Rodzi się pytanie – a więc my powinniśmy wierzyć w te stworzenia, czy odrzucić tą wiarę? Odpowiedź nie jest tak jednoznaczna. Oczywiście – człowiek przyjmujący Wiarę Przodków jakby zobowiązuje się do jej kultywowania. A bardzo ważnym elementem religijności Słowian była właśnie ta warstwa demoniczna. Więc mamy wierzyć w grasujące po lasach bestie? Nie, bo dzisiejsza nauka jest w stanie niemal z całą stanowczością potwierdzić, że tychże stworów tam nie ma. Nie ma w takiej formie jak widzieli to dawni Słowianie. Z drugiej strony nauka powoli i nieśmiało zaczyna potwierdzać coś, z czym żyły wszystkie prymitywne ludzi, z czym do dziś żyją ezoterycy, szamani itd. Oczywiście robi to tak nieśmiało (i chwała jej za to!) bo taka jest jej rola. Sceptycyzm. Tak być powinno. Mianowicie nauka potwierdzać zaczyna fakt, że wszystko posiada jakąś tam energię. My kontynuujemy tą wiarę nadając tejże energii konkretne cechy, dzieląc tą energię tak jak my ją rozumiemy. Oczywiście ten podział istnieje, jednak na poziomie ciężkim do naukowej percepcji. Tutaj jest właśnie miejsce i rola WIARY. My WIERZYMY, że jest tak a nie inaczej. Dlatego też ja mogę z całą pewnością i świadomością powiedzieć, że tak – wierzę w Wodniki, wierzę w Rusałki, wierzę w Strzygi. A idąc do lasu pozdrowię Leszego i spróbuję wypatrzeć (wyczuć) Dobrochoczego. To przykład na to jak się rozwinęła religia Słowian w czasach współczesnych. I właśnie tak się powinna rozwijać, bo to dla niej, dla nas, bardzo ważne.


Pozdrawiam, Wołchw Witomysł.




poniedziałek, 24 czerwca 2013

Pasterz Kniei

     Ostatnio były wiersze to dzisiaj będzie tekst ciągły :) Kilka moich przemyśleń i odczuć przybranych w fabularną formę. Życzę miłej lektury ;)

Pozdrawiam serdecznie, Wołchw Witomysł.


   Pasterz Kniei



    Stanąłem na rozległej polanie rozciągającej się pomiędzy skrajem gęstego, dzikiego lasu, a wolno płynącą, szeroką rzeką. Myślałem. A może zwyczajnie szukałem? Szukałem ścieżki tej najważniejszej, pomiędzy ścieżkami duszy. Była, jest i zawsze będzie. Ukryta, gdzieś głęboko teraz, ale niezmienna od narodzin. Tylko jaka? Kto ustanowił jej bieg? Chciałem imion, świadomości? Nie wiem. Wiem jedno  – chciałem poczucia obecności, poczucia mocy. Chyba najbardziej doskwierającym uczuciem była wtedy tęsknota za czymś… nienazwanym. Jeszcze nienazwanym. Jak można tęsknić za czymś, skoro nie wie się nawet co to? Jak się okazuje można. Tęskniłem, tylko nie wiedziałem jeszcze za czym. Ruszyłem w stronę rzeki. Może tam znajdę odpowiedź.
    Pierwszy krok – pierwsza myśl. Patrzyłem przed siebie. Gdzieś pomiędzy gałęziami krzaków widziałem srebrzyste błyski . Poruszały się tak powoli jak moje myśli. Napłynął spokój, cisza. Gdzieś na dnie duszy czułem, że w tej ciszy ktoś przemawia. Nie wiedziałem jeszcze kto, ani co mówi. Ale czułem głos. Głos potężny, ale spokojny i pełen dobroci. Jak głos rodziców.
     Poszedłem dalej. Natrafiłem na mur suchych krzaków. Delikatnie dotknąłem jednej z gałęzi. Spodziewałem się tylko dotyku martwego drewna, dlatego też całym moim ciałem wstrząsnął dreszcz kiedy poczułem coś więcej. Tyle skojarzeń przetoczyło się przez umysł. Życie, dusza, pieśń. Nie rozumiałem słów, ale poczułem głęboką, piękną i nieco smutną pieśń. A razem z nią poczułem coraz silniej wypełniający mnie spokój. Nie opuszczał mnie. Odwróciłem się więc w stronę pól zasłanych złotym zbożem i ruszyłem przed siebie wiodąc dłonią po gałęziach i liściach. Wciąż nieprzerwanie czułem pieśń. Nie słyszałem, a czułem właśnie. Nie chciałem jej przerywać. Jej piękno było niewyobrażalne. Wiedziałem już, że jeszcze nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś tak wspaniałego.
     Dotarłem wreszcie do prześwitu w zaroślach. Dostrzegłem tam idealne zejście nad rzekę. Kiedy oderwałem dłoń od delikatnych gałązek to uczucie pieśni zniknęło. Żałowałem, jednak zamiast znów dotknąć gałęzi ruszyłem w dół. Coś ciągnęło mnie nad rzekę. Zszedłem po dość stromym spadzie porośniętym trawą do miejsca gdzie ziemia styka się z wodą. Przykucnąłem na brzegu i zapatrzyłem się w wodę. Obserwowałem w skupieniu każdą falę, każdy błysk, załamanie światła, ruch. Nie wiem jak długo tak się wpatrywałem. Mogła to być godzina, dwie… dla mnie były to sekundy tylko. Sekundy w innym świecie. Przepełnionym jakąś dziwną i piękną magią, życiem. I tym spokojem, który już wcześniej dał o sobie znać. Dopiero gdy się ocknąłem zdałem sobie sprawę, że znów czuję pieśń. Tym razem inną. Głębszą i chyba mniej spokojną. Tak jakby ta pieśń oddawała istotę istnienia rzeki, zaś tamta należała do roślin. Może tak było? Może wcześniej szedłem przy śpiewie krzewów, zaś teraz wsłuchuję się w głos rzeki? Żałowałem tylko niezmiernie, że właściwie tego śpiewu nie słyszę, a tylko go czuję.
     Nagle poczułem jak pieśń przybiera na sile. Sama się nie zmieniła, jednak czułem ją coraz mocniej, coraz wyraźniej. Jakby wynurzała się z głębiny wodnej rzeki. Z każdym wyśpiewanym słowem coraz bliżej i bliżej powierzchni. Wtedy wiedziałem co muszę zrobić.
     Wstałem i wyszedłem znów na złote pola. Ruszyłem w stronę pobliskiego lasu i wszedłem między drzewa. Długo błąkałem się między nimi szukając tego, co podpowiadała mi pieśń. Zbierałem, szukałem, znosiłem na jedno miejsce. Złamane konary, pnie. Wszystkie podobne. I żaden z żywego drzewa. Miałem ze sobą nóż i topór. Wiedziałem jednak, że nie po to, aby ścinać i rąbać żywe drzewa. Czułem wciąż na sobie ich baczne, ale spokojne spojrzenie. Nie mogłem ich skrzywdzić. Nie chciałem.
     Miałem już to, czego potrzebowałem. Obłe fragmenty drzew. Jednak ja widziałem w nich coś innego. Widziałem dumne postacie, twarze mądre, dobre i wyniosłe. Twarze Bogów. Kiedy jednak patrzyłem na ten zbiór poczułem, że to nie jest miejsce dla nich. Należy im się inne. Znów zacząłem błąkać się między starymi, potężnymi, wielkimi swą mądrością drzewami. W szumie liści słyszałem słowa. Słowa mowy drzew, nie dla ludzkich uszu. Przynajmniej tak podpowiadał umysł. Serce mówiło, że są i zawsze będą mędrcy, którzy tą mowę pojmują, którzy potrafią rozmawiać z drzewami i duchami lasów.
    Wtedy dotarłem na skraj lasu. Mijałem to drzewo już kilka razy tego dnia, jednak dopiero teraz je poczułem. Spojrzałem w górę. Wielki, rozłożysty, wspaniały dąb. Obejrzałem go z każdej strony. Ujrzałem, że został on rozdarty uderzeniem pioruna. Jednak dalej żył. Poczułem niewyobrażalną, świętą siłę tego drzewa. Oto najwspanialszy z posągów. Oto najświętsza z rzeźb. Rzeźba stworzona wolą i mocą Bogów.
     Wszystkie wcześniej zebrane konary przyniosłem pod to drzewo i ułożyłem w jego korzeniach. Wiedziałem doskonale co robić dalej. Pieśń zabierała ode mnie wszelką wątpliwość. Wyznaczała każdy następny krok. Dawała wiedzę za wypełnianie jej słów. Wiedzę, której wcześniej nie posiadałem. Słowa, których wcześniej nie miałem w głowie teraz wypowiadałem głosem prosto z duszy. Pewność. Uśmiechnąłem się od samego poczucia siły i spokoju płynącego z tej pewności. Przysiadłem w cieniu szumiących delikatnie liści dębu, złapałem za pierwszy z konarów. Wyciągnąłem topór i nóż i zacząłem rzeźbić. Powoli wykrawałem w drewnie to, co sam widziałem w nim już wcześniej. Oczy pełne mądrości, siły, dobra i miłości. Usta zacięte niezachwianą wolą. Brody długie, miecze ostre, dłonie dające życie, rogi dające obfitość i odpowiedzi. A z każdą rzeźbą poznawałem imiona. Imiona z którymi miałem od teraz podążać całe życie. Imiona Bogów, którzy będą mnie strzegli, opiekowali się mną. Imiona Bogów, którzy dają mi najwspanialsze z darów – życie i miłość.
      Każdą stworzoną rzeźbę stawiałem wokół dębu. Nie zastanawiałem się ani chwili nad ustawieniem którejkolwiek z nich. To jakby one, a raczej ci, których przedstawiały, kierowały mymi rękami. Tak podczas rzeźbienia, jak i podczas ustawiania rzeźb. Kiedy skończyłem ostatnią rzeźbę i ustawiłem ją na wybranym przez nią samą miejscu dostrzegłem, że już nastała noc. Noc chmurna i bezksiężycowa. Dojrzałem mgły unoszące się znad rzeki i wpływające powoli między drzewa. Serce moje napełniło się lękiem.
      Poczułem jakiś powiew. Nienaturalny dźwięk. Szelest liści niewywołany wichrem, złamana gałązka. Odsunąłem się pomiędzy posągi, pod drzewo. Stanąłem plecami do niego i obserwowałem co się dzieje wokół mnie. Cała moja dusza napełniała się lękiem nienazwanym i pozbawionym słów. Mgła zbliżała się coraz bardziej. Powoli mnie otaczała. W jej ruchach brakowało naturalnej płynności i spokoju. Jakby wyciągała po mnie ręce, chciała się dostać jak najbliżej. Nie dotknęła jednak żadnej z rzeźb, nie przekroczyła wyznaczonego przez nie kręgu. Jednak zaraz za jego granicą snuła się jak głodny drapieżnik. Miałem nieodparte wrażenie, że w tej mgle jest coś świadomego i jednocześnie wrogiego. Im dłużej na nią patrzyłem tym wyraźniej to widziałem. Widziałem jak groza, jak gniew i nienawiść ukryte w szarych smugach przybierają coraz bardziej realne kształty. Gdzieś, na granicy wzroku przeskoczył jakiś cień. To znów przez sekundę ujrzałem jakby ludzką postać wśród pasm oparu. Gdzieś dostrzegłem oczy, gdzieś szpony, gdzieś kły. Czułem, byłem pewien, że to nie jest zwykła mgła. I, że mgła jest tylko schronieniem dla istot w niej ukrytych. Dla czegoś, co jest wściekłe, przepełnione chorą nienawiścią, tak zimną, że zmroziła moją krew. Cały zacząłem się trząść. Postacie, przeróżnie wykrzywione, widziałem coraz wyraźniej. A najwyraźniej wyczuwałem ich intencje. Krew, czuły krew. I czuły życie. A to dwie rzeczy, które ich popychają do działania. Wtedy to zrozumiałem. Głód krwi i nienawiść do żywych. Szli, byli coraz bliżej. Niemal już słyszałem oddechy, ślinę ściekającą z pysków. Niemal już czułem jak bestialsko rozrywają moje ciało, jak urządzają sobie biesiadę nad moimi zwłokami pojąc się moją krwią i męcząc duszę. Czułem oddechy pozbawione ciepła i widziałem oczy pozbawione głębi. Tylko nienawiść. Tylko gniew. Wtedy usłyszałem wycie. Na gałęzi nade mną przysiadł kruk. Spojrzałem na niego odruchowo, sam nie wiedząc dlaczego właściwie odwracam wzrok od zagrożenia. Ale zjawy się jakby zatrzymały. Horda znieruchomiała. Wyczułem coś poza tym chłodem i nienawiścią. Lęk? Strach? Przerażenie? Mój umysł nie wyobrażał sobie czegoś, co mogłoby te istoty przerazić. Czy są one w ogóle zdolne do lęku? Nie wiem, jednak zwąc to lękiem ludzki umysł łatwiej może to pojąć. Są rzeczy między ludźmi i są rzeczy między duchami. Te dwa światy nigdy się do końca nie poznają i nie przenikną. Jednak nie to wtedy zajmowało mój umysł. Kruk zaczął krakać, odpowiedziało mu kolejne wycie. Najpierw z głębokiego lasu, potem gdzieś z pomiędzy pobliskich drzew. Serce i dusza się rozradowały. Jednak umysł był sparaliżowany jeszcze większym przerażeniem. Co to? Czemu nadchodzą wilki? Czemu przywołuje je kruk? Czemu zmory są tak przerażone, że zamarły w bezruchu, niemal jak ja? Nagle mgła zawirowała zupełnie inaczej niż wskazywał na to ruch powietrza. Między na wpół realne, na wpół materialne postacie strzyg wpadły wielkie wilki. Zaczęły warczeć, wyć, biegać we mgle. Zmory pierzchały w przypadkowych kierunkach, rozpływały się w powietrzu. Wraz z ich ucieczką mgła rzedła. Zupełnie już przylgnąłem do drzewa. Kruk siedział nade mną i przekręcał głowę zerkając to na mnie to na wilki. One zaś postąpiły dalej, bez przeszkód przekroczyły święty krąg. Miałem wrażenie, że jakby skłaniały głowy mijając rzeźby, po przekroczeniu granicy wyznaczonej posągami zachowywały się jakby z nabożną czcią. Wtedy kruk poderwał się gwałtownie z gałęzi. Poderwałem głowę i podążyłem za nim wzrokiem. Wylądował na szczycie wielkiego sękatego kostura trzymanego w dłoni przez postać, której jeszcze przed chwilą tu nie było. Widziałem tylko cień. Kiedy zaczął się zbliżać ujrzałem przedziwną postać, jednak od razu wiedziałem, że jest innej natury niż te złe duchy. Ze starczego, na wpół drzewnego oblicza biło dobrem i ciepłem. Gdzieś w głębokim mroku oczodołów pełgały ciepłe pomarańczowe płomyki. Długa spleciona z gałązek, bluszczu i liści broda nadawała mu wygląd budzący szacunek i powagę, ale i sympatię. Podszedł do mnie powoli, krokiem nad wyraz lekkim, jak na tak ogromną postać. Przyklęknął zaraz przede mną i spojrzał mi w oczy. Wtedy zrozumiałem wszystko. Wszystko co pojawiało mi się do teraz w głowie ułożyło się w jedną całość. Wyjaśnił mi to potężny posłaniec Bogów, władca tego lasu przez ludzi zwany Borowym lub Leszym. Pokłoniłem się mu. On wtedy wstał. Odwrócił się i odszedł w las. Miałem wrażenie, byłem przekonany, że odwracając się jakby się do mnie uśmiechnął.
      Całą noc, do rana spędziłem przy tym świętym drzewie składając podziękowania Bogom. Za ratunek, za posłańca i za wyjaśnienie. Posłaniec wyjawił mi nie tylko moje dziedzictwo, ale też drogę. Wiedziałem już którędy iść. Niedługo przed wschodem słońca złapałem za długi, prosty kij i ruszyłem podpierając się nim. Ruszyłem na niedalekie długie i wysokie wzgórze. Wdrapywałem się spokojnie, bez pośpiechu. Szedłem na szczyt pogrążony w rozmyślaniach. Dostałem od Bogów nową drogę. A może nie nową? Może już od dawna nią szedłem, a ten moment zrozumienia po prostu jest jej częścią. Wiem jedno, nim odejdę do Nawii czeka mnie wiele pracy tutaj, w Jawii. Wiele pracy ku chwale Bogów i Przodków, dla moich braci i sióstr.
      Dotarłem na szczyt wzgórza. Rozejrzałem się. Oto moja kraina. Już nie pusta, znana, jałowa. Teraz jawiła mi się jako kraina pełna duchów, znanych mi duchów. Istot, które mi pomogą, jeśli będę umiał poprosić. Pode mną u stóp wzgórza zobaczyłem jezioro Dąbie. Dobrze znane, widziane setki razy. A teraz jednak piękniejsze, bogatsze, pełniejsze. Za nim wąski pas ziemi za którym z kolei rozciągał się wielki błękit. Bałtyk, morze Jantaru. Strzybóg wraz ze wschodem Słońca zesłał lekki wiatry, który rozwiał mi włosy. Wsparłem się mocniej na kosturze czując zmęczenie wspinaczką. Fale nagle rozpaliły się złotem i czerwienią. Skłoniłem spokojnie głowę oddając hołd Swarożycowi.  Potem, na szczycie tego wzgórza oddałem też hołd wszystkim Bogom, potem zaś Przodkom. Ruszyłem spokojnie w stronę swego domostwa. Strzybóg dął coraz mocniej, Perperuna zesłała deszcz, Płanetnicy ściągali chmury. Niedługo niebiosa rozpali Perun.

    

niedziela, 23 czerwca 2013

Po Kupalnej Nocy


    Są rzeczy, których nie da się oddać ciągłym, prostym tekstem. Czasem się próbuje, jednak to jest z góry pozbawione sensu. Problem ten starałem się zaznaczyć w jednym z poprzednich postów. Dziś jednak nie będę tej sprawy roztrząsał. Wszyscy Rodzimowiercy obchodzili dopiero co Noc Kupały – Święto Wody i Ognia. Obchodzili tak czy inaczej – nie ważne. Jestem pewien, że każdy na swój sposób oddał tej Nocy należyty hołd Bogom, Duchom i Przodkom :) Dlaczego o tym piszę? Otóż jak każdy czas świąteczny, tak i ta Noc ma pewną refleksyjną moc. Myśli wędrują nieco innymi torami. Dlatego też postanowiłem jako podsumowanie tejże wspaniałej Nocy przekazać wam garść poezji. Nie będę się rozpisywał na ich temat – wiersze albo obronią się same, albo w ogóle ;) Ich ocenę pozostawiam wam, Czytelnicy. Sława Bogom, Sława Duchom, Sława Przodkom!


Wołchw Witomysł

Ballada o Arkonie

Gdy słońce wzeszło
Nad arkońskie dachy
Promieniami ozłociło
Żywot Ojców naszych!

Zbierały zioła – kobiet kwiat
By pleść świąteczne wianki
Ich uśmiech rozpromieniał życie
Tak wielu ze słowiańskich mężów.

Fala o brzeg rozbiła się
Zaś w grodzie fletów granie
I szczęścia pełen dźwięczny śpiew
Radość wolnych ludzi!

I żerca stary, mądry tak
W spokoju strzeże świętości
By spokój też w grodzie był
I ludziom przychylność Bogów!

Mężowie radośnie kuli stal
I w drewnie pięknie rzeźbili
By radość nieść ludziom tym
W słowiańskiej, wolnej ziemi.

Znów fala uderzyła w brzeg
Słychać pieśniarza opowieść
I lud radosny wolny tak
W spokojnym mieszka grodzie!

Wtem wróż przemówił smutny
A łza po twarzy płynie
„Nadchodzi ogień a z nim stal
By ukraść nasze życie!”

Zapłakał lud
Cień trwogi przesłonił niebo
Ze łzami w oczach ostrzyli stal
By bronić arkońskich brzegów!

I uderzyła fala w brzeg
Pełna jest gniewem Bogów!
Nad horyzontem wzbiera deszcz!
Burzy gniewna zasłona!

Ten gniew rozpalił serca im
Wojom mężnym i młodym
Na włóczni zaciśnięta dłoń
Tarcza gotowa pójść w drzazgi!

I wróg pojawił oto się
By spalić arkońskie domy
Zaś w sercach trwoga i walki chęć
By bronić ziemi Bogów!

A żerca nie okłamał ich
Poznali bezwzględność wroga
Że przyszedł oby ogniem im
Nadać obcą wiarę!

Lecz nie ulękli oni się
Kwiat ten słowiańskich wojów
„Nikt nie odbierze nam
Prastarej Ojców wiary!”

I nadszedł czas!
Wróg już u bram czeka!
„I choćbyśmy mieli zginąć
Nigdy się nie poddamy!”

Wtem wyszło słońce
Bogowie spojrzeli smutni
Tak dumni ze swoich dzieci
Które nigdy się nie ugną!

Zginął kwiat wojowników
Sława im po wieczny czas!
Chociaż się nie poddali
Wróg był niczym bestie…

Spłonęły mury
Spłonęły Ojców domy!
Nie zapomnimy
Stara wiara żyje w naszych sercach!

Sława wojom!
Sława Ojcom naszym!
Nie zapomnimy
Zapomnieć nam nie wolno!



Duch

Opowieść niósł nam wiatr

By w sercach przebudzić uśpione

Odrodzić prastary blask

Milczeniem wyniesione pod niebiosów sklepienia

Spokojem kołysane
Jak drzew starych korony

W szumie starego lasu
Pośród drzew prastarej zadumy
Wciąż żywe to co w sercach zastygłe
Jako jantar
Jako jantar!

I idzie z tych lasów, nadciąga
Idzie żeby przypomnieć
W powiewie tym za duchów dotknięciem
Serca nam pałają płomieniem
I nie jest martwym to co zasnęło
I nie jest martwym to co powróci!

Piękno legend przy ogniach słuchanych
Potęga Bogów natury

Piękno lasów nieśmiertelnych
Potęga wiary Ojców
W lasach strażnicy tej wiary
A w sercach płomień Swaroży!

I płomień ten 
Siłą dusz naszych wzmagany
Nie zagaśnie
Zagasnąć mu nie pozwólmy
Zagasnąć mu nie dajmy!





Prośba

Wielki Boże
W Świata cztery strony patrzący
Nie pozwól swym dzieciom upadać
Dobry Panie
W czterech twarzach mądrości
Prawdę nam dajesz!

Bogowie!
Sława wam za siłę!
Sława wam za moc, która żyć nam pozwala!

Więc bądźmy plemieniem jednym,
Rozbić się nie pozwólmy
Bądźmy jak las jeden,
Prastary, wszechmocny.
Nie dajmy strącić słońca stanic
Nie dajmy ranić Bogów!

I niechaj każdy ma dla Boga swego imię!
Dla niego do pojęcia!
I niechaj nikt krzywdzon nie będzie
Z imienia innych Bogów i ziem innych!

A my,
Nie poddajmy się!
Nasze plemię silnym niech będzie!
Zawierzyć nam trzeba słowom żerców i wołchwów!
I nie oddać serc naszych!




Tęsknota

Ten dąb stary
Koroną wśród chmur tkwi zamyślony
Zaś korzeniami sięgnął Podziemi
Pełen on –
Pełen naszej pamięci…!

Pełen żalu za czasem minionym
I tęsknoty…
Do dni szczęścia i nocy spokojnych
Do lasów nie zmiażdżonych miastami
Do bohaterskich czasów opowieści pieśniarza…

Ten ogień co płonie świętością
Ten strumień płynący swobodnie
Powietrze pachnące wolnością
I ziemia co nie zna zniewolenia

Ta szeptanka stara
Mądrością sięgająca daleko
A wzrokiem wykraczająca za mgłę
Pełna jest ona –
Wiedzą Dziadów szacownych…!

I smutku jakiegoś pełna
Tęsknoty…
Bo spojrzeć by chciała jak ludzie
Znów cześć oddają duchom, co z nią idą
I Bogom, co jej strzegą

Ten ogień co płonie świętością
Ten strumień płynący swobodnie
Powietrze pachnące wolnością
I ziemia co nie zna zniewolenia


sobota, 15 czerwca 2013

Praca nad "Panteonem..."



   Dziś krótko, bo tym razem bez artykułu. Chciałbym wam przedstawić dwie moje prace. Znajdą się one w projekcie, który roboczo nazywam „Panteonem Rodzimowierczym”. Mam zamiar przedstawić w nim kompletny (kompletny dla mnie, o czym dalej) panteon Bogów z perspektywy współczesnego rodzimowiercy. Planowo mają się w niej znaleźć do każdego z Bóstw – ilustracja mojego autorstwa, opis podzielony na dwie części autorstwa mojego i Red, oraz napisany przez Red wiersz/modlitwa traktujący o konkretnym Bogu. Opisy będą się składać z dwóch części. Pierwsza będzie traktować o historycznym znaczeniu danego Bóstwa, zaś druga o Jego znaczeniu dla współczesnego wyznawcy Wiary Rodzimej. Tak więc jest to projekt zakrojony na bardzo szeroką skalę. Kolejne powstające portrety będą się tutaj pojawiać. Udostępniona, za darmo oczywiście, też będzie cała publikacja. Od razu zaznaczam, że nie jest to praca historyczna, a duchowo – mistyczna.
   Dlaczego napisałem, że „kompletny dla mnie” panteon? Otóż mam świadomość pewnych różnic wyznaniowych i światopoglądowych różnych rodzimowierców. Niema w tym oczywiście nic złego, jednak uniemożliwia stworzenie takiej publikacji zupełnie uniwersalnej. Dlatego postanowiłem po prostu, że projekt ten dotyczyć będzie Bogów wyznawanych przeze mnie oraz przez Red. Jednak poza tymi różnicami oczywiście występują też podobieństwa. Tak więc mam nadzieję, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie:)
   Jak wspominałem – dwie pracę. Są to dwa pierwsze przedstawienia do tejże publikacji. Chors, oraz Jarowit. Sława Im! Zachęcam do zapoznania się i opinii:)

   Pozdrawiam, Witomysł.




piątek, 7 czerwca 2013

Próba definicji


    Witam ponownie.
    Przepraszam za tak długie milczenie. Czasem jest to po prostu potrzebne, żeby odpowiedzieć samemu sobie na kilka ważnych pytań. Wiele myślałem, wiele szukałem, wiele też się modliłem. Droga nie jest łatwa i jest jednocześnie. Teraz teksty będą pojawiać się o wiele częściej, tego mogę być pewien :).
   Często pytania proste i banalne, na które odpowiedź przychodzi sama, złożona z kilku słów okazują się pytaniami najbardziej skomplikowanymi.  Pytania najprostsze niosą w sobie prawdy fundamentalne, najistotniejsze. A te czasem najtrudniej dostrzec i co za tym idzie zrozumieć. Dlatego też dziś postanowiłem napisać co nieco na temat tego czym właściwie jest Rodzimowierstwo.             Odpowiedź wydawała by się prosta. Cytując za Wikipedią – „system wierzeń etnicznych odwołujących się do tradycji przedchrześcijańskich, głównie wspólnoty słowiańskiej – czasem z elementami mogącymi wywodzić się z mitologii i legend dawnych plemion zamieszkujących obecne tereny Polski przed osadnictwem słowiańskim (lub z tym osadnictwem się przenikającymi) jak ludność germańska, bałtycka (Prusowie), czy nawet celtycka, dla których wspólnym mianownikiem była świętość natury. Zespół poglądów opartych na mitologii słowiańskiej i zachowanych obyczajach lokalnej społeczności”. Jednak nie da się nie zauważyć, że to odpowiedź dla człowieka z zewnątrz. Tak, czysto analitycznie, bez spojrzenia religijnego ta definicja jest dobra i mówi czym Rodzimowierstwo jest. Z tym tylko, że tłumaczy czym jest Rodzimowierstwo, ale nie tłumaczy czym jest Rodzima Wiara. Na pewnym etapie rozumienia te dwa terminy zdają się nieco rozdzielać. Więc „Rodzima Wiara” dalej jest „Rodzimowierstwem” i na odwrót, ale da się zauważyć pewne niuanse, które ten podział ułatwia zrozumieć.  Rodzimowierstwo więc byłoby tym ruchem, który kultywuje i dba o tradycję i wiarę Przodków. Rodzimowierstwo to my wszyscy, cała nasza społeczność, to co nas ze sobą wiąże, to co nas od siebie różni. Wszystkie te ciepłe, mądre słowa, kłótnie, spory, inicjatywy. To całe, wbrew pozorom bujne życie środowiska Rodzimowierczego w Polsce. Oczywiście, może się wydawać, że to nieco dziwne – różnice poglądów, animozje, nieraz otwarte kłótnie. Jak się zaczyna polityka. Ale z drugiej strony wystarczy ładne zdjęcie czy obrazek i wszyscy stają się zgodni. Łatwo to wyjaśnić – Słowiańskie dusze:). I to jest właśnie cała nasza społeczność. I w tym tkwi jej piękno. I właśnie tym jest ruch Rodzimowierczy. Mam szczerą nadzieję, że powyższy opis wywołał w każdym czytającym jakieś odpowiednie dla niego skojarzenia, przywołał twarze, rozmowy, sytuacje i wspomnienia. Bo o to mi chodziło. To wszystko, osobiste odczucia i wspomnienia są definicją Rodzimowierstwa, a nie regułka i kilka zdań na ten temat. Mam wielką nadzieję, że jakoś mi się to udało.
     Spójrzmy jednak nieco dalej i nieco głębiej. Poza życiem społeczności i wspólnoty Rodzimowierczej, a raczej wewnątrz i głębiej są pojedynczy ludzie i ich indywidualne drogi. To jest właśnie Rodzima Wiara. To jest to, jak każdy z nas odczuwa obecność Bogów, jak ich rozumie. Indywidualny kodeks każdego z nas. Źródło tej drogi jest dla każdego z nas takie samo, podobnie jak las, przez które te ścieżki biegną. Ale nikt nie idzie tą samą drogą. Drogi czasem biegną blisko siebie, czasem się przetykają, żebyśmy mogli spytać kogoś innego o radę. Dla każdy ma swoją ścieżkę. Ścieżkę wyznaczoną przez Bogów. To Rod ustalił, Rodzanice przypieczętowały, a Dola strzeże. Jednak to, że mamy wyznaczoną swoją ścieżkę wcale nie oznacza, że nie możemy sami decydować. Możemy, oczywiście – to my decydujemy kiedy odpocząć, kiedy przystanąć, kiedy spytać przechodnia. Ścieżka jest wyznaczona, ale o jej przebiegu decydujemy my. Ścieżka nie tylko naszego życia, ale też naszej Wiary. Każdy będzie inaczej rozumiał i nazywał Bogów. Niektórzy powiedzą, że Bóg jest jeden, inni, że Bogów jest wielu, jeszcze inni, że wieli i jeden jednocześnie. Zasadniczo każdy będzie miał rację. Bogowie to Absolut. A co za tym idzie wykracza poza świat ludzki, o czym wspominałem w artykule o Bogach i ich pojmowaniu. Ja na przykład żyję z zasadą, że Bogów jest wielu, każdy jest osobnym bytem, a ich suma jest Absolutem, najwyższą i ostateczną siłą.
      Tak z kolei można by „zdefiniować” Wiarę Rodzimowierców. Znowu nie poprzez ten tekst. On jest tylko i wyłącznie pretekstem do pewnych przemyśleń każdego czytelnika i katalizatorem związanych z tego typu przemyśleniami odczuć. I właśnie te odczucia są doskonałą definicją Rodzimej Wiary. Podobną definicję uzyskać można przechadzając się po dzikim i starym lesie wsłuchując się w jego odgłosy. To wyciszenie pozwoli nam usłyszeć pieśni Bogów. Tak samo będzie na łące, nad rzeką. Wszędzie, gdzie bezpośrednio dotkniemy Natury. Tam, gdzieś na graniczy miedzy świadomością a nieświadomością przez ułamek milisekundy błyśnie uczucie. Ten błysk jest właśnie definicją Rodzimej Wiary. Cisza to głos, a głos to cisza.
    Wniosek jest więc prosty i oczywisty. Słowa nigdy nie oddadzą w pełni tego czym jest Rodzimowierstwo i Rodzima Wiara. Słowa niestety nazbyt spłycają. Ale są doskonałym katalizatorem odczuć i uczuć. Po to też pojawiają się werbalne formy modłów. Po to jest werbalizacja rytuałów. Żeby pobudzić duszę do odczuwania tego, czego nie da się opisać, co wykracza gdzieś poza normalną, ludzką, „materialną” świadomość.

Pozdrawiam i życzę powodzenia i szczęścia w szukaniu własnych definicji,

Wołchw Witomysł.


poniedziałek, 20 maja 2013

O Bogach słów kilka...



   Postanowiłem dziś napisać kilka słów na temat Bogów słowiańskich we współczesnym Rodzimowierstwie. Rzecz nad wyraz istotna w moim odczuciu. Oczywiście stanowisko przedstawione poniżej jest sprawą subiektywną, jak wszelkie sprawy wiary. Mój pogląd można przyjąć, albo odrzucić, zastanowić się, albo od razu zanegować. Jednak najważniejsze dla mnie, aby skłonił do refleksji. :)
     
     Czym więc są Bogowie i Boginie Rodzimej Wiary Słowian? Mogłoby się wydawać, że są to jakieś bezosobowe twory, nazwy nadane po prostu zjawiskom naturalnym. Nic bardziej mylnego. Bogowie są istotą, zaś zjawiska ich emanacją. Jasnym jest oczywiście, że współcześnie żyjący rodzimowierca nie jest niezachwianie pewny, że między chmurami na niebie zasiada Perun w zbroi, z włócznią i toporem i ciska osobiście każdym piorunem. Bogowie to byty wyższego rzędu względem człowieka. Byty absolutu. Wyżej przedstawiona wizja to wyobrażenie Boga, a nie jego faktyczny wygląd. Wyglądu nie jesteśmy w stanie pojąć, bo Bogowie są zupełnie innej natury niż my. Są bytami duchowymi, częściami absolutu. My jesteśmy bytami materialnymi, częściami Natury – Ich dzieła. Tak więc Bogowie i Boginie są bytami świadomymi. To bardzo ważne. Bez tej świadomości wszelkie zabiegi jak modlitwy, żertwy, błagania tracą jakikolwiek sens. Po co prosić i składać ofiarę przed czymś, co nawet tego nie zauważy, nie mówiąc już o docenieniu tego gestu. Po co dziękować czemuś, co nie zrobiła dla nas nic. Dziękować można tylko za świadomy gest. Tak jak prosić tylko o świadomy gest można. To świadczy w pełni o tym, że Bogowie to osobowe, świadome byty duchowe. I oczywiście należą im się modlitwy, należą im się żertwy i podziękowania. Opiekują się nami i naszym światem, który nam podarowali. Powinniśmy być za to wdzięczni. Jako naszym opiekunom, darczyńcą i w pewnym sensie rodzicom.
     Każdy, kto kiedykolwiek doświadczył działania modłów jest w stanie potwierdzić osobowość bytów boskich. Moje o tym przekonanie bierze się właśnie z faktu doświadczenia działania modlitw. Skoro proszę o coś Bogów, składając prośbę pod dokładnym, imiennym adresem, i otrzymuję pomoc i odpowiedź – wtedy wniosek nasuwa się sam. Ktoś tam jest, ktoś słucha i, w końcu, ktoś pomaga. Ktoś na tą modlitwę odpowiada. Więc jasnym wydaje się fakt, że odpowiedzialna za to jest jakaś osobowa, samoświadoma istota.
      Nie można jednak sądzić, że świadomość Bogów przypomina naszą świadomość. Jest zupełnie inna, wyższa i głębsza. To świadomość Boska, której człowiek nie pojmie nigdy. Zrozumienie w tym przypadku jest jednostronne – my Bogów nie pojmiemy, Oni zaś rozumieją nas w pełni. Jesteśmy ich dziełem. To ich wspólna gra, wspólne oddziaływanie i wspólna praca stworzyły świat takim, jakim możemy go oglądać. Z tego właśnie powinien wynikać szacunek dla Natury, właściwy dla rodzimowiercy. Bogowie są częścią tej natury, są jej istotą, jej definicją.
      Bogowie są też częścią absolutu. Absolut jest więc ogółem Bogów. Wszyscy Bogowie razem tworzą absolut. Nie odbiera im to jednak cech indywidualnych. Dlatego rodzimowierstwo wiąże się z wielobóstwem. Wierzymy w wielu osobnych Bogów będących razem absolutem. Każdy Bóg jest istotny, każdy jest ważny na równi, bo bez niego nie było by absolutu. Skoro jest nim konkretna suma Bóstw, to w momencie gdy zabraknie jednego z nich absolut przestaje być absolutem. Nie jest już ABSOLUTNY, ponieważ czegoś w nim brakuje. Jakiegoś konkretnego elementu. Jednak sama kwestia panteonu pozostaje już sprawą do rozwiązania każdej rodzimowierczej duszy i każdego rodzimowierczego serca. Każdy powinien wiedzieć w co i jak wierzy. I nikt nikomu nie ma prawa tej wiary narzucać.
     Tak więc reasumując. Bogowie są wieloma osobnymi, samoświadomymi bytami duchowymi. Są ponad nami i jednocześnie z nami. Suma Bóstw tworzy absolut. Jednak każdy Bóg istnieje osobno. Razem tworzą istotę wszystkiego, jednak każdy pozostaje osobnym bytem, osobnym Bogiem.

    Razem z Red pracuję właśnie nad publikacją w której zawierać się będą wyobrażenia słowiańskich Bogów wraz z opisami, które podzielone będą na dwie części. Opis każdego Bóstwa będzie w pierwszej części dotyczył tego czym dany Bóg czy Bogini się zajmuje i kim jest, zaś druga część dotyczyć będzie Jego czy Jej znaczenia dla współczesnego rodzimowiercy. Red zaś napisze wiersz dotyczący każdego z Bóstw. To będzie piękna część tej publikacji, bo Red jest niesamowicie utalentowana.
    Zaznaczyć muszę jednak od razu – ta publikacja, jak wszelkie sprawy wiary, będzie oczywiście subiektywna. Nie ma możliwości inaczej tego dokonać. Znajdą się w niej więc Bogowie, których wyznaję ja i Red. Jestem jednak pewien, że tylko i wyłącznie my, a ten panteon jest maksymalnie uniwersalny dla większości rodzimowierców.

    Tak pokrótce prezentuje się mój osobisty pogląd na sprawę istoty Bogów. Mam nadzieję, że ten krótki tekst skłoni czytelników do refleksji :). Zapraszam serdecznie do dyskusji na naszej stronie na facebooku: Grupa "Chram"

Pozdrawiam serdecznie,
Witomysł